piątek, 1 maja 2015

Jeansowo, koszulowo











fotografowała Agnieszka Gwozdowska
photoshopowałam częściowo ja, częściowo Agnieszka

        Małe dzieci są szczere i mówią, co myślą. Kiedy kupiłam tę koszulę w groszki i wyjęłam w domu z torby, żeby pokazać Lidce, usłyszałam:
- Piżama!
- Nie kochanie... to nie piżama, to taka koszula z wzorem jak piżama.

        Ta zabawna sytuacja skłoniła mnie do zastanowienia się nad tym, na ile ubieram się tylko dla siebie i po to, żeby mnie się podobało, a na ile po to, żeby podobać się innym. Bo przecież koszula faktycznie jest piżamowa i powiedziały mi to też otwarcie moje siostry. I że nie nosiłyby takiej. Otóż dla mnie właściwie nie ma to znaczenia. W takim sensie, że ubranie nie przestaje mi się podobać, kiedy ktoś je skrytykuje. (Osobiście lubię groszki, większe czy mniejsze i lubię też piżamowe wzory niekoniecznie tylko na piżamie.) Gdy sięgam pamięcią wstecz, wydaje mi się, że kiedyś się trochę przejmowałam. Chyba najbardziej w wieku pryszczatym, kiedy to robi się mnóstwo dziwnych (głupich?) rzeczy, a potem po latach wspomina się je z pobłażliwym uśmiechem. Może też po prostu kiedyś nie byłam przekonana do swoich ubraniowych wyborów i łatwo było zachwiać moje poczucie dobrego wyglądu. Inna sprawa, że generalnie uwielbiam gadać o garderobie. Czy się ją krytykuje czy nie. Niech tylko ktoś zacznie, a popłyniemy! I całe szczęście obecnie moja przyjemność wymiany opinii nie jest przyćmiona niepewnością i obawą, że może coś źle dopasowałam i się wygłupiłam. Chyba sam upływ czasu sprawił, że dojrzałam do nie zadręczania się.

sobota, 18 kwietnia 2015

U rodziców

        Moi rodzice przenieśli się na wieś. Marzenia o wychodzeniu na taras w piżamie i kapciach zostały spełnione. Przyrody mają dużo i pod samym nosem, własne nie pryskane warzywa, ciszę i spokój też (może nie idealną, ale na pewno bliską ideałowi). Jest składzik na narzędzia i rupiecie, kuchnia letnia, piękny klomb, huśtawka. Tym samym miejsce (mieszkanie), w którym się wychowałam już jakby nie istnieje. Tzn. mieszka tam kto inny, wszystko pozmieniał i na pewno jest nie do poznania. Czasem trochę mi brak tamtych pokoi w bloku. Ale tylko trochę i tylko, kiedy przyjeżdżamy do rodziców na święta.
        Podziwiam tatę, bo wszystko wybudował sam. Opowiadał, że ręce mu się trzęsły od noszenia pustaków; tak, wiem, jest szalony i dokonuje rzeczy niemożliwych. Skończył tutaj, już działa gdzie indziej, robota pali się w rękach. Moja Lidka chodzi i powtarza, że dziadek robi budu budu. Taka mała, a trafia w samo sedno.








zdjęcia: ja

środa, 1 kwietnia 2015

Harmonia koloru

fotografowała i photoshopowała Agnieszka Gwozdowska

        Połączenie sportowych butów z elegancką górą funkcjonuje w modzie już od dawna. Ja pierwszy raz usłyszałam o nim dzięki Lilly Allen i jej pomysłom na łączenie sukienek ze sneakersami. Sama raczej nie eksperymentowałam w ten sposób. Nie czułam potrzeby, może się w tym nie widziałam. Zresztą bardzo wiele osób do tej pory nie rozumie tego połączenia i odbiera je jako nieestetyczne.
        Ostatnio, planując zakup nowych butów, stwierdziłam, że wybiorę coś sportowego. Po prostu miałam ochotę na wygodne obuwie za kostkę. A że uwielbiam mój stary wełniany płaszcz w drobne wzory i jest akurat idealna pora na noszenie go; zdecydowałam, że te nowe buty będą się z nim zgrywać. Przynajmniej kolorystycznie.
        Efekt tego połączenia możecie ocenić sami. Moim zdaniem nie tylko nie kole w oko, lecz nawet jest w tym pewien rodzaj harmonii.

czwartek, 26 marca 2015

Klasyczne jeansy








fotografowała Agnieszka Gwozdowska

        Z moich 'tyle o ile' obserwacji wynika, że w niektórych środowiskach zapanowała mała moda na mom jeans. Ja sama bym się raczej na takie nie zdecydowała, bo są trudnym ubraniem. Mogą optycznie zniekształcić sylwetkę, dodać parę kilogramów, a poza tym są robione z bardzo grubej tkaniny. Jednak sympatia do dość grubego dżinsu ("porządnego" - jakby to nasze matki ujęły) gdzieś tam we mnie jest, dlatego wyjęłam z szafy stare dzwony i zwęziłam nogawki. Zwęziłam na tyle, by krew pod kolanami nadal płynęła, gdy siadam czy kucam. Miło znów powitać w swojej garderobie jakiś klasyczny model.

środa, 11 marca 2015

Zdrowie i uroda



        Oto kilka zdjęć z sesji, która powstała z inicjatywy Agnieszki (koleżanki, która obecnie robi mi zdjęcia i postprodukcję, a także zachęca, inspiruje i pomaga). Sama z siebie prawie nigdy się tak mocno nie maluję; dlatego, gdy zobaczyłam się w lustrze, poczułam się trochę tak, jakby pomalowano mnie do wystąpienia w teatrze. W ogóle objętość mojej kosmetyczki nie jest zbyt duża, nawet jeśli dorzucić do niej wszystko, czego potrzebuję pod prysznic.
        Całe to wydarzenie - propozycja makijażu, dobieranie kolorów, pozowanie do zdjęć i ocenianie efektów - skłoniło mnie do przemyślenia sobie po raz kolejny kwestii mojej dbałości o własne ciało. Wydaje mi się, że wiele z tego, co dla niego robię, jest właściwie w porządku, bez przesadzania w żadną stronę...
        Po pierwsze: nie jem świństw. Omijam szerokim łukiem miejsca, gdzie je się paskudne hamburgery i rzeczy smażone na głębokim (i starym) tłuszczu. Jeśli obiad na mieście, to chętnie Green Way. Nie kupuję żelków, słodkich pianek, gazowanych napojów. Dzień bez owoców i warzyw? Raczej sobie nie wyobrażam. I zdecydowanie bardziej wolę np. jogurt naturalny z dodanymi własnoręcznie pysznościami niż jakiś smakowy barwiony, nawet jeśli ma wielkie kawałki owoców w środku. Przy tym wszystkim oczywiście nie sądzę, by moja dieta była idealna: niestety pochłaniam sporo słodyczy, czasem zrobię jakieś smażone kotlety czy poczęstuję się krakersem (lub innymi pustymi kaloriami). Mam jednak nadzieję, że mój żołądek nie cierpi jakoś wybitnie z powodu tych małych grzeszków.
        Po drugie: dużo się ruszam. Z konieczności, ale to też się przecież liczy. Moje zajmowanie się malutkimi dziećmi i domem wymusza na mnie ciągłe stanie, chodzenie, schylanie się, noszenie. Właściwie spalam chyba wszystko, co zjem, a może nawet więcej.
        Po trzecie: nie jestem uzależniona. Czyli najprościej mówiąc nie chlam, nie jaram i nie ćpam. Heheh, żartuję. Chodzi mi o uzależnienie od kosmetyków i tych wszystkich urodowych zabiegów. Gdy wyruszam w miasto nie muszę mieć zrobionych paznokci, pomalowanych rzęs i nienagannej fryzury. I czuję się z tym dobrze. Kiedy spędzam noc poza domem i zapomnę spakować kosmetyczki, nie rozpaczam, nie wracam się po nią, nie lecę do nocnego Rossmanna, by uzupełnić braki. Wiem, że urodzie można i warto pomagać, ale bez sensu jest robić to za wszelką cenę.
        Po czwarte: myślę pozytywnie. I wbrew pozorom nie ma to dla mnie jedynie wymiaru duchowego, lecz wpływa także na moje ciało. Skupianie się na tym, co w życiu dobre i udane pomaga mi odegnać wiele stresów. W konsekwencji znikają różne fizyczne dolegliwości takie jak bóle głowy albo pleców czy ogólne uczucie napięcia.




makijaż, zdjęcia i postprodukcja: Agnieszka Gwozdowska

bluzka - odzież używana (Louche)
kolczyki - Agnieszki