W dzisiejszym poście chciałabym pokazać Wam kilka rysunków stworzonych po przeczytaniu książki Wszystko, co lśni Eleanor Catton. Nie znajdziecie tu recenzji, bo nie taki jest mój cel. Te kilka projektów ma jedynie zarysować ogólny klimat dzieła i zachęcić do zagłębienia się w nie tych, którzy wiedzą już co nieco o gwiazdach lub choć trochę się nimi interesują. Ja ze swojej strony powiem, że podobała mi się konstrukcja fabuły, to jak przeszłość goniła teraźniejszość i jak historia dwukrotnie zatoczyła koło. I zaciekawił mnie wątek bliźniąt astralnych oraz pięciu tajemniczych sukni, w które ktoś w niejasnych okolicznościach wszył całą masę złota.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inspiruję się. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inspiruję się. Pokaż wszystkie posty
piątek, 2 września 2016
sobota, 20 lutego 2016
Tkaniny na zasłony do kuchni i salonu
Przebywając ciągle w domu z moimi kochanymi dzieciaczkami i wśród wciąż tego samego wystroju wnętrz, pomyślałam sobie pewnego dnia: uszyję nowe zasłony. Zwłaszcza na te kuchenne nie bardzo już mogę patrzeć i to nie tylko dlatego, że od miesięcy wołają o pranie.
Tak więc zapakowałam dzieciaczki w wózek i pojechaliśmy do najtańszego sklepu z tkaninami w całej Łodzi (ul. Grunwaldzka 33 - polecam!). Oskar spał, Lidka chodziła krok w krok za mną i chowała się przed panem sprzedawcą. "Naprawdę grzeczne ma pani te dzieci" - usłyszałam po 40 minutach wybierania. Ehh, nie mogłam zaprzeczyć.
Do kuchni kupiłam brąz w białe prążki. "Świetnie się skomponuje z naszą brązową podłogą i białymi blatami" - pomyślałam. "Tylko te prążki... Michał powie, że są jak szpitalna pościel... Cóż, trudno, mnie się podobają. I mam na nie wizję. Oj tam, może nic nie powie..."
- Kochanie, kupiłam tkaniny na nowe zasłony, zobacz.
- Ta granatowa fajna...
- Ona będzie w salonie. Popatrz, jak te wzory pasują do poduszek. Są białe co prawda, ale i tak widać nawiązanie, tu pawie oczka i tu...
- Ale ta brązowa wygląda - nie obraź się - jak szpitalna piżama.
Nie obraziłam się, ale gdzież tam. O co tu się obrażać :)
zdjęcia - ja
środa, 11 marca 2015
Zdrowie i uroda
Oto kilka zdjęć z sesji, która powstała z inicjatywy Agnieszki (koleżanki, która obecnie robi mi zdjęcia i postprodukcję, a także zachęca, inspiruje i pomaga). Sama z siebie prawie nigdy się tak mocno nie maluję; dlatego, gdy zobaczyłam się w lustrze, poczułam się trochę tak, jakby pomalowano mnie do wystąpienia w teatrze. W ogóle objętość mojej kosmetyczki nie jest zbyt duża, nawet jeśli dorzucić do niej wszystko, czego potrzebuję pod prysznic.
Całe to wydarzenie - propozycja makijażu, dobieranie kolorów, pozowanie do zdjęć i ocenianie efektów - skłoniło mnie do przemyślenia sobie po raz kolejny kwestii mojej dbałości o własne ciało. Wydaje mi się, że wiele z tego, co dla niego robię, jest właściwie w porządku, bez przesadzania w żadną stronę...
Po pierwsze: nie jem świństw. Omijam szerokim łukiem miejsca, gdzie je się paskudne hamburgery i rzeczy smażone na głębokim (i starym) tłuszczu. Jeśli obiad na mieście, to chętnie Green Way. Nie kupuję żelków, słodkich pianek, gazowanych napojów. Dzień bez owoców i warzyw? Raczej sobie nie wyobrażam. I zdecydowanie bardziej wolę np. jogurt naturalny z dodanymi własnoręcznie pysznościami niż jakiś smakowy barwiony, nawet jeśli ma wielkie kawałki owoców w środku. Przy tym wszystkim oczywiście nie sądzę, by moja dieta była idealna: niestety pochłaniam sporo słodyczy, czasem zrobię jakieś smażone kotlety czy poczęstuję się krakersem (lub innymi pustymi kaloriami). Mam jednak nadzieję, że mój żołądek nie cierpi jakoś wybitnie z powodu tych małych grzeszków.
Po drugie: dużo się ruszam. Z konieczności, ale to też się przecież liczy. Moje zajmowanie się malutkimi dziećmi i domem wymusza na mnie ciągłe stanie, chodzenie, schylanie się, noszenie. Właściwie spalam chyba wszystko, co zjem, a może nawet więcej.
Po trzecie: nie jestem uzależniona. Czyli najprościej mówiąc nie chlam, nie jaram i nie ćpam. Heheh, żartuję. Chodzi mi o uzależnienie od kosmetyków i tych wszystkich urodowych zabiegów. Gdy wyruszam w miasto nie muszę mieć zrobionych paznokci, pomalowanych rzęs i nienagannej fryzury. I czuję się z tym dobrze. Kiedy spędzam noc poza domem i zapomnę spakować kosmetyczki, nie rozpaczam, nie wracam się po nią, nie lecę do nocnego Rossmanna, by uzupełnić braki. Wiem, że urodzie można i warto pomagać, ale bez sensu jest robić to za wszelką cenę.
Po czwarte: myślę pozytywnie. I wbrew pozorom nie ma to dla mnie jedynie wymiaru duchowego, lecz wpływa także na moje ciało. Skupianie się na tym, co w życiu dobre i udane pomaga mi odegnać wiele stresów. W konsekwencji znikają różne fizyczne dolegliwości takie jak bóle głowy albo pleców czy ogólne uczucie napięcia.
makijaż, zdjęcia i postprodukcja: Agnieszka Gwozdowska
bluzka - odzież używana (Louche)
kolczyki - Agnieszki
sobota, 20 kwietnia 2013
Fashion Week Poland ed. '8
Jeśli dobrze pamiętam, wzmianka o polskim tygodniu mody pojawiła się na moim blogu tylko raz i w dodatku dawno. Od tamtej pory chodziłam się w miarę możliwości na kolejne edycje, jednak raczej nie pisałam o tym tutaj. Głównie dlatego, że samym wydarzeniem nie jestem zachwycona, powiem więcej: co sezon czuję się zawiedziona. Optymiści orzekliby zapewne, że przecież Fashion Philosophy to wielki krok do przodu w polskiej modzie... Owszem, jest to krok w przód, ale mnie wydaje się, że zrobiliśmy go, a potem stanęliśmy w miejscu. Mój główny zarzut jest taki, iż w całym tłumie ludzi odwiedzających pokazy znaleźć można więcej interesujących stylizacji niż na wybiegu. Modelkom często brakuje solidnego makijażu i przemyślanych fryzur. Sylwetki nie są traktowane całościowo: widać, że buty były wypożyczane, nie ma na przykład zbyt wielu torebek, nakryć głowy i innych dodatków spójnych z kolekcją... Ogólnie bieda. Nie wiem jak Wy to widzicie, mnie jednak wydaje się, że fajnie skrojone ciuchy to nie wszystko. To raczej bardzo mało.
Poniżej zamieszczam kilka migawek z 8. edycji Fashion Week Poland (i bynajmniej nie są to zdjęcia z wybiegu).
Poniżej zamieszczam kilka migawek z 8. edycji Fashion Week Poland (i bynajmniej nie są to zdjęcia z wybiegu).
wtorek, 6 listopada 2012
How to dress my Baby
Jestem w 5.
miesiącu ciąży. Moje Dziecko jest malutkie, ale na tyle duże, że już
czuję jego kopniaczki. Nie wiem jeszcze czy to chłopiec czy dziewczynka,
co nie przeszkadza mi w wyobrażaniu sobie tego, jak wygląda i jak się
porusza tam w środku. Zastanawiam się też, jaki kształt przybierze moje
życie po urodzeniu Maleństwa. Raczej nie należę do pesymistek i nie
zakładam (jak pewna część mojej rodziny), że będzie to "koniec" życia, a
ściślej mówiąc koniec różnych moich pasji, przyjemności, wyjazdów,
jakiejkolwiek radości. Co do pasji: jedną z nich są oczywiście ubrania.
Dość często zastanawiam się więc, jak będę ubierać moje Dziecko (dopóki
nie będzie miało własnego zdania). Już teraz szukam inspiracji,
kompletuję śpioszki, myślę o kolorystyce. I nie wierzę w to, że nie
będzie czasu na wyszukiwanie fajnych ubrań. Wszystko jest kwestią
ustalenia priorytetów. Gdy doba okaże się za krótka, zrezygnuję z
innych, mniej istotnych rzeczy.
Tak na marginesie dodam, że jeśli będę miała córkę, na pewno NIE:
1) ubiorę jej nigdy od stóp do głów na różowo,
2) powkładam jej we włosy tuzina niepasujących do siebie (ani do reszty stroju) kolorowych spinek.
Te dwie rzeczy są według mnie wyjątkowo ohydne, a spotykam je na ulicach całkiem często.
W kwestii
ubierania chłopców nie mam sprecyzowanych założeń, ani anty-założeń. Nie
mam wrażenia, nie widziałam na ulicy, aby chłopcy byli ubierani bardzo
źle i nie zastanawiałam się, czego chciałabym uniknąć.
Przekopując się
przez internet w poszukiwaniu inspiracji ubraniowych dla chłopców i
dziewczynek, znalazłam kilka ładnych modeli. Pisząc "ładnych", mam na
myśli "w moim guście". Na pewno przekonują mnie rzeczy w mocne paski
połączone z akcentem kolorystycznym. Oprócz tego najprostsze dzianinowe
szarości, trochę fantazyjnych druków. Zobaczcie sami.
As a future mum I sometimes think about clothes for my little Baby. I don't know yet it's a boy or a girl. Here are my inspirations :)
środa, 11 lipca 2012
Open'er Festival
Pojechaliśmy z mężem na mój drugi festiwal muzyczny w życiu (pierwszy był Woodstock 2008). Przybyło znacznie mniej ludzi w porównaniu z Woodstockiem, co chyba jest oczywiste między innymi ze względu na cenę całego przedsięwzięcia. Przestrzenie roztaczały się przed nami nieogarnione, a pogoda jeszcze potęgowała intensywność wrażeń: jak burza, to przerażająca; jak upał, to nie do wytrzymania. A mgła gęsta, ciężka i nieco mroczna.
Jeśli chodzi o koncerty, z największą przyjemnością słuchałam Kasi Nosowskiej, Franza Ferdinanda, The Ting Tings, L.Stadt i The Xx.
Najbardziej jednak chciałam pokazać Wam, jak przez te kilka dni ubierali się festiwalowicze. Zdjęć zrobiłam całe mnóstwo, ale wybrałam jedynie dziesięć.
I na koniec moje fatałaszki:
I'm wearing:
dress - second hand (H&M)
bag - CCC
leggings - DIY
sneakers - Boot Square
Jeśli chodzi o koncerty, z największą przyjemnością słuchałam Kasi Nosowskiej, Franza Ferdinanda, The Ting Tings, L.Stadt i The Xx.
![]() |
| The Xx. Spokojne aczkolwiek dynamiczne kawałki super zdolnej trójki i wielki "X" wiszący nad sceną. Myślę, że było wzruszająco i nawet trochę erotycznie. |
I na koniec moje fatałaszki:
I'm wearing:
dress - second hand (H&M)
bag - CCC
leggings - DIY
sneakers - Boot Square
środa, 17 sierpnia 2011
Muzycznie
| Na zdjęciu powyżej widać wnętrze rzeczonego albumu, według mnie bardzo zachęcające. A utwory? Jest ich 16 i każdy z nich brzmi świetnie. Gdy włączyłam płytę pierwszy raz - a nie znałam wtedy Gorillaz - byłam przekonana, że oto słyszę najlepsze hity stworzone w latach 90., które od tamtego czasu zdążyły już obrosnąć legendą i zdobyć rzesze fanów. Tymczasem płyta wyszła w roku 2010 i jest to najlepsze retro, jakie w życiu słyszałam. Moje ulubione numery to Rhinestone eyes (nr 4) oraz Sweepstakes (nr 12). |
| Na dwóch powyższych zdjęciach Ania Dąbrowska i wnętrze jej płyty Ania Movie. Muszę przyznać, że mam pociąg do muzyki "niedzielnej", czyli takiej, która jest spokojna, pasuje do poobiedniej sjesty z kawą, ale przy tym nie drażni swą ospałością. Album Ania Movie właśnie taki jest. Oprócz tego Ania jest jedną z niewielu polskich wokalistek śpiewających nienagannie po angielsku (a na tej płycie wszystkie piosenki są anglojęzyczne). Utwór 9. - ostatni - Sound of silence znałam wcześniej z filmu Absolwent, jednak wykonanie Ani jest o niebo lepsze od oryginału! |
Granda Moniki Brodki
Nowa Ex-Tradycja Żywiołaka
ŁąkiŁanda Łąki Łan
Połącz kropki Afrokolektywu
Nosowska/Osiecka
Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! Hey
Subskrybuj:
Posty (Atom)







































