Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piszę o rodzinie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piszę o rodzinie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 sierpnia 2016

Gdybym to ja robiła ubranka moim dzieciom...


        Zaprojektowałam ubranka dedykowane moim słodkim dzieciaczkom - Lidce i Oskarowi.
        Synek jest prawdziwym Strusiem Pędziwiatrem - wciąż gdzieś biega, trudno go upilnować i nadążyć za nim. Falstart to jego specjalność, czemu daje wyraz już od dnia narodzin (urodził się 6 tygodni za wcześnie). Ucieka mi z przewijaka, kiedy zmieniam mu pieluchę, próbuje wypruć z łazienki, kiedy mycie rączek dopiero w połowie i wybiega na dwór jak wariat, kiedy ja mocuję się jeszcze z wózkiem w drzwiach klatki.
        Lidka uwielbia kolorować (co w dużej mierze zawdzięczamy przedszkolu) i prawie codziennie prosi mnie o "całą Dolinę Muminków" lub "całą rodzinę świnki Peppy". Biorę czarną kredkę, rysuję kontury postaci, a ona maże sobie potem po nich przez cały wieczór. Z pewnością też dużo myśli o bajkach, które ogląda. Szybko zapadają jej w pamięć kwestie bohaterów i później cytuje je w zastanawiająco adekwatnych sytuacjach. Kiedyś na przykład, gdy rozmawialiśmy z mężem o trampolinach, Lidka wypaliła:
- Bobek, nie masz wyjścia, skacz!


piątek, 12 lutego 2016

Nigdy nie mów tego swojemu dziecku

     
        Są rzeczy, których małym dzieciom mówić nie wolno. Pod żadnym pozorem. Mam na myśli teksty, które są szkodliwe, bo podkopują ufność tych małych istotek, ich poczucie bezpieczeństwa, wiarę w siebie, no ogólnie wyrządzają masę zła. Dorośli (najczęściej rodzice) wypowiadają je, bo tracą cierpliwość. Nie ma nic złego w utracie cierpliwości: czasem jest się tak zmęczonym, że już nie daje się rady; czasem dziecko jest wyjątkowo marudne i jękliwe, a czasem ma się mnóstwo innych nie dających spać problemów. I nawet w takich sytuacjach lepiej ugryźć się w język niż powiedzieć dziecku to, co być może pierwsze przychodzi na myśl, ale jest najgorszym wyjściem i raczej nawet nie jest prawdziwe.
        Może po przeczytaniu tego wpisu powiecie: to są sprawy oczywiste. Byłoby super.


        "Zostawię cię, zobaczysz!"
Wiadomo, że takie słowa raczej nie padają na serio. Niestety dziecko bierze je na serio. I nie ważne czy chodzi o ponaglenie go, żeby wyszło ze sklepu, w którym robiliśmy zakupy; czy o namówienie go, by wreszcie opuściło plac zabaw i wracało do domu. Widziałam na własne oczy, kiedyś będąc w szpitalu dziecięcym, jak babcia mówiła do przerażonej wnuczki: "jak zaraz nie weźmiesz tego lekarstwa, to zostaniesz w tym szpitalu sama!". Och, litości. Jest tyle lepszych sposobów na przekonywanie małego człowieka do swoich racji. Dziecko naprawdę myśli, że istnieje taka opcja, że rodzic (dziadek, babcia, wujek, ciocia, niania) je zostawi. I (przynajmniej częściowo) traci swoje poczucie bezpieczeństwa.


        "Ty głuptasie!" "Ty ciamajdo!" "Co za głupie dziecko!"
Jak dla mnie, bardzo ciężki kaliber. Na szczęście znany mi tylko z opowieści, a jednak realny. Zapytajmy szczerze sami siebie: jak dziecko może być głupie? Ono może być nieuważne czy nieostrożne, bo jest ciekawe świata, bo dopiero ten świat poznaje. Dziecko nie rozumie wielu mechanizmów rządzących naszą rzeczywistością, ale tylko dlatego, że nikt mu ich nie wytłumaczył lub z powodu zbyt krótkiej bytności wśród nas. Najgorsze jest to, że dziecko wierzy w większość rzeczy, które słyszy, jeśli nie we wszystkie. Kiedy więc ktoś powtarza mu, że jest głupie albo niezdarne, zaczyna w to wierzyć, przyjmuje za pewnik i powstają w jego głowie kompleksy i blokady.


         "Nie słuchaj taty. On się nie zna." "Nie idź z mamą, tylko na Ciebie nawrzeszczy."
Nagadywanie na drugiego rodzica. Niektórym może wydawać się całkiem niewinne, ale to tylko pozory. Niezależnie od tego jak nam się układa w związku, pozwólmy dziecku wyrobić sobie własną opinię na temat naszej drugiej połowy. I przede wszystkim starajmy się o wspólną wizję wychowania, dyscypliny, ogólnie kształtu relacji rodzic - dziecko. Wzajemne obmawianie powoduje, że mały człowiek, który tak bardzo potrzebuje autorytetu, zaczyna wątpić, gubi się, próbuje jeszcze więcej testować na ile może sobie pozwolić, staje się - jak dorośli to określają - nieznośny i nieposłuszny

        Chyba każdemu rodzicowi zdarzyło się powiedzieć do maluszka coś, czego później żałował. Cóż, to wytarte, ale prawdziwe słowa: jesteśmy tylko ludźmi. Nie raz nasze emocje sięgają zenitu, myśli kłębią się w głowie, a większość z nich nie nadaje się do wcielenia w życie. Nie dalej jak dziś moja Lidka totalnie wyprowadziła mnie z równowagi i miałam pomysł, żeby... ach, nie ważne. Musiałam dać sobie chwilę, by ochłonąć. Tym razem udało mi się załatwić sprawę bez wyrzutów sumienia i dziwnego poczucia zniesmaczenia swoim zachowaniem jako matki. Ale oczywiście bywa różnie.
        Puenty nie ma, a lista rzeczy, których nigdy nie powinniśmy mówić dzieciom jest otwarta.

 zdjęcia - ja
       

środa, 26 sierpnia 2015

Warto być mamą


     
        Jak wielu z Was zapewne wie, jestem mamą dwójki dzieci (starsze ma prawie 2 i pół roku, młodsze prawie rok). I jako mama spotykam się niejednokrotnie z jakimś ogólnym współczuciem społeczeństwa, a nawet użalaniem się nad moim marnym losem. Wciąż docierają do mnie głosy typu "pani, to się napracuje przy takiej dwójce..." albo "jest co robić, prawda?". Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się nudzę lub na przykład, że nie jest mi trudno. Współczujący mi ludzie mają odrobinę racji. Całą sobą jednak sprzeciwiam się ogólnemu biadoleniu nad losem matek, a przede wszystkim wysyłaniu negatywnych przekazów i czarnowidztwu.
        Macierzyństwo jest rzeczywistością ogromnie bogatą w najróżniejsze doświadczenia i czymś, co na pewno warto przeżyć. Koniecznie chcę zaznaczyć, że w tym całym układzie, ja - jako matka - nie tylko bezustannie z siebie daję, ale też bardzo dużo otrzymuję. Konkretnych rzeczy.


Po pierwsze: stworzyłam (stworzyliśmy) rodzinę.
        Sprowadzenie na świat dwójki szkrabów sprawiło, że staliśmy się czteroosobową drużyną, w której zawsze będziemy mogli na siebie liczyć. Jeśli z głową zadbamy o nasze relacje. Żadne przyjaźnie nie są w stanie tego zastąpić. Rodzina to coś, w co warto inwestować, gdyż nie ma na tym świecie bardziej intratnej "inwestycji".
     

Po drugie: czuję się (i jestem) potrzebna.
        Świat moich dzieci nie jest jeszcze bardzo złożony, a sporą jego część zajmuje moja osoba. Prawdopodobnie nasze maluchy w ogóle nie wyobrażają sobie sytuacji, w której mogłoby zabraknąć mamy. Są przywiązane i tęskniące. To mnie w wielu sytuacjach napędza i dodaje wiary w siebie. To, z jaką błogością usypiają w moich ramionach i jak się cieszą, kiedy skądś wracam.



Po trzecie: powstrzymuję się od robienia głupich rzeczy.
        A przynajmniej staram się. Dzieci są dla mnie jak lustro, w którym z lekkim opóźnieniem odbija się moje zachowanie. Ilekroć się zdenerwuję i chcę powiedzieć do córki coś chamskiego lub w złym tonie, pojawia się w mojej głowie pytanie: 'czy chcesz usłyszeć kiedyś te same słowa skierowane w twoją stronę?'. Bycie rodzicem to dawanie przykładu właściwie na każdym kroku. Nie może więc być mowy o przechodzeniu przez ulicę na czerwonym świetle, wyrzucaniu papierków na trawnik i tym podobnych rzeczach.



Po czwarte: nie marnuję czasu.
        Mam go tak dramatycznie mało, że już nie trzeba ściągać mnie wołami z łóżka, nie potrzebuję motywować się do pracy, układać planu dnia, robić listy rzeczy priorytetowych. Wszystko, co ważne po prostu jest robione. I w ten cały napięty grafik wciskam też produktywne lenistwo i rozrywki, bo to też są rzeczy ważne, a bez nich chyba bym zwariowała.



Po piąte: zwiększyłam swoją wydajność.
        Moi bezdzietni znajomi po długim wspólnym spacerze ucinają sobie popołudniową drzemkę lub przynajmniej sygnalizują, że takowej by potrzebowali. Ja na tym etapie mam jeszcze spore zapasy energii do wykorzystania i robię rzeczy jedna po drugiej. Prawda jest taka, że trochę nie mam wyjścia i wiem, że mogę się wyczerpać najwcześniej o 21:00.



Po szóste: czuję się dumna.
        Moje dzieci są tak kochane i fajne, że najchętniej pokazałabym je całemu światu.

fotografowała i photoshopowała Agnieszka Gwozdowska

wtorek, 26 maja 2015

Przerwa na kawę

        Tym, co ostatnimi czasy najbardziej definiuje mnie jako osobę, jest zdecydowanie macierzyństwo. To moim dzieciom poświęcam obecnie najwięcej uwagi, pracy, myśli i skupienia. To one rządzą moim - naszym planem dnia: opóźniają wyjścia, brudzą się wtedy, gdy się nie spodziewam, śpią dłużej niż myślałam albo - ku mojemu zaskoczeniu - wcale nie idą spać. Rozczulają jakimś pociesznym gestem czy trudnym słowem wypowiedzianym z poważną miną i przekręconym po dziecinnemu. Mogłabym długo wymieniać i opisywać. Lecz tak naprawdę trudno to wszystko ogarnąć słowami, bo bycie matką jest nieporównywalne z niczym innym. Przyznaję szczerze: nie myślałam, nie byłam sobie w stanie wyobrazić, jak ta rzeczywistość będzie wyglądała. I kiedy już się w niej znalazłam, nadal niejednokrotnie czuję się zaskoczona.
        Przede wszystkim moje dzieci są wspaniałe i kocham je niezmiernie. I lubię spędzać z nimi czas. Jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie dałby rady robić tego przez cały boży dzień, 7 dni w tygodniu. Odpoczynek i odskocznia są niezbędne. Na mnie osobiście bardzo korzystnie (resetująco) działa prowadzenie bloga. Zresztą pisałam o tym w styczniowym poście. Oprócz tego uwielbiam wyskoczyć na kawę, najlepiej blisko i najchętniej z koleżanką. (Te, które mają dzieci są świetne, bo wysłuchają i powiedzą, że mnie rozumieją i mają tak samo. Te bezdzietne natomiast przenoszą mnie swoimi opowieściami w inny świat i to też ma na mnie zbawienny wpływ.)
        Zdjęcia, które zamieszczam poniżej, robiłyśmy z Agnieszką w Caffe przy ulicy. Miejsce to odkryłam całkiem niedawno dzięki mojemu mężowi. Byłam tam na razie tylko raz, ale przypadło mi do gustu i z czystym sumieniem mogę je polecić (nie tylko matkom potrzebującym oddechu). Po pierwsze dlatego, że jest na osiedlu i nie muszę przebijać się przez zatłoczone centrum, żeby się tam dostać (z mojego domu 10 minut pieszo). Poza tym mają tam spory wybór różnych fajnych napojów i przekąsek; mnie osobiście bardzo smakowała kawa (na zdjęciach karmelowa z Oreo). I po trzecie: atmosfera. Dużo światła, prosty, nie przytłaczający wystrój - idealny nie tylko do pogaduszek z koleżanką, ale też do czytania, pracy przy laptopie i szkicowniku. Oby było więcej takich przyjemnych miejsc na osiedlu. I chwil, w których ktoś zajmuje się moimi dziećmi, a ja sobą :)










 fotografowała i inspirowała Agnieszka Gwozdowska

sobota, 18 kwietnia 2015

U rodziców

        Moi rodzice przenieśli się na wieś. Marzenia o wychodzeniu na taras w piżamie i kapciach zostały spełnione. Przyrody mają dużo i pod samym nosem, własne nie pryskane warzywa, ciszę i spokój też (może nie idealną, ale na pewno bliską ideałowi). Jest składzik na narzędzia i rupiecie, kuchnia letnia, piękny klomb, huśtawka. Tym samym miejsce (mieszkanie), w którym się wychowałam już jakby nie istnieje. Tzn. mieszka tam kto inny, wszystko pozmieniał i na pewno jest nie do poznania. Czasem trochę mi brak tamtych pokoi w bloku. Ale tylko trochę i tylko, kiedy przyjeżdżamy do rodziców na święta.
        Podziwiam tatę, bo wszystko wybudował sam. Opowiadał, że ręce mu się trzęsły od noszenia pustaków; tak, wiem, jest szalony i dokonuje rzeczy niemożliwych. Skończył tutaj, już działa gdzie indziej, robota pali się w rękach. Moja Lidka chodzi i powtarza, że dziadek robi budu budu. Taka mała, a trafia w samo sedno.








zdjęcia: ja

sobota, 15 listopada 2014

'Kapku'


 Po powrocie ze spaceru rzucam niedbale sweter na kanapę i zabieram się za uwalnianie synka z kombinezonu. W tym czasie duża część podłogi w pokoju pokrywa się zabawkami wyciąganymi z szuflad przez córeczkę. A mojemu swetrowi dostają się gumowe rybki. 'Tym razem go oszczędzono' - myślę z uśmiechem i przypominam sobie jak nie raz moje ubrania były ciągane po daaaaawno nie sprzątanej podłodze, niezdarnie mierzone przed lustrem lub po prostu lądowały w praniu.
Do dziecięcych pomysłów trzeba rzeczywiście umieć nabrać dystansu. Będąc w pierwszej ciąży, planowałam jak będę ubierała moje małe. Jaki styl, jakie kolory, jakie piękne dzianiny, ach ach... Wiedziałam jednak, że kiedyś nastąpi ten moment, gdy usłyszę pierwsze 'nie' i założę dziecku to, co ono chce, a nie to, co pasuje do całego zestawu. Moja córka ma rok i 7 miesięcy, i stało się. Zapałała nieprzejednaną miłością do ubrań z kapturem: każe je sobie zakładać nawet, gdy są brudne lub mokre, a potem jeszcze słyszę 'kapku', co znaczy 'załóż mi kaptur'. Tłumaczenie w stylu 'skarbie, to jest brudne' albo 'będzie ci w tym za ciepło' absolutnie nie ma sensu (o tym, żeby pasowało to do reszty już nawet nie ośmielam się pomyśleć). Córcia płacze tak, jakby bez kaptura świat się dla niej skończył. Dziś rano zorientowałam się, że takich bluz mam łącznie 5, z czego 4 nadają się tylko do prania. Boże, chroń mnie przed wolno schnącym praniem.  

czwartek, 9 października 2014

Mówią o nim 'Wyrywny'


 

Od dwóch tygodni jest z nami Oskar. Urodził się 23. września, napędzając nam wszystkim stracha. Mój wyznaczony na USG termin porodu jeszcze nie nadszedł (miał to być 3. dzień listopada), ale synek chyba wiedział lepiej, kiedy i na co jest właściwy czas. W pośpiechu podawano mi sterydy na przyspieszenie rozwoju płuc maluszka i hamowano poród do czasu aż ryzyko niemożności samodzielnego oddychania zmaleje. Brzmi strasznie, ale skończyło się naprawdę dobrze. Oskar dostał 10 punktów w skali apgar i ostatecznie spędziliśmy w szpitalu tylko tydzień.
Ciąża minęła mi jak mgnienie oka. Kiedy patrzę na zdjęcia z mojego ostatniego wpisu, nie mogę się nadziwić jak mały miałam brzuch pod koniec. Nie zdążyłam się nawet porządnie nasapać przy wchodzeniu po schodach i nakląć przy zakładaniu butów. Dni prawdziwego wieloryba zupełnie mnie ominęły. Ale przez pierwsze dni po porodzie patrzyłam na wychudzonego synka z żalem i myślą, że przecież mógłby sobie jeszcze spokojnie siedzieć u mnie pod sercem, nabierać masy i łykać ze smakiem słodkie wody płodowe.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Wspomnienia



Obchodzimy dziś z Michałem naszą drugą rocznicę ślubu. Mają rację ci, którzy mówią, że ślub to dopiero początek. I trafną uwagę uczynił wtedy ksiądz podczas kazania: w starożytności obrączki nosili niewolnicy i był to znak dożywotniej przynależności.
Zawsze z uśmiechem wspominamy ten piękny dzień i niezmiennie cieszymy się z naszego 'niewolnictwa'.
A więcej zdjęć znajdziecie tu.

środa, 21 maja 2014

I ona, i ja


Moja córeczka - tak jak i ja - uwielbia szmatki. Codziennie przesiaduje przy koszu z praniem, zarzuca sobie na głowę różne ścierki, ciąga po podłodze ubrania moje i męża. Nie sądziłam, że dziedziczenie sięga aż tak daleko. Choć może to nie sprawa genów, a codziennych obserwacji i nasiąkania zamiłowaniami mamy?

czwartek, 31 października 2013

Odpowiedzialność

Chrzest. Wzięłam na siebie obowiązek (oboje wzięliśmy) wychowania naszej córki w wierze Kościoła rzymsko - katolickiego. Wiem, że w bliskiej przyszłości czeka mnie odpowiadanie na przeróżne pytania oraz dużo ważniejsze i trudniejsze dawanie przykładu. Widziałam nie raz dzieci źle wychowane, a także bezradnych rodziców. Sądzę, że błędów rodzicielskich nie sposób uniknąć, bo zawsze mogą pojawić się w życiu sytuacje, które nas przerosną. Pokrzepia mnie jednak myśl, że mogę liczyć na pomoc z góry, od Kogoś, kto jest nieskończenie mądry i nieomylny.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Sopot

Pojechaliśmy z mężem i dzidzią nad morze. Niby nic wielkiego, ale biorąc pod uwagę fakt, iż żaden ze mnie podróżnik (lubię być tam, gdzie mieszkam) i to, że dzidzia ma 5 miesięcy oraz to, że nie mamy samochodu; myślę, że chyba czegoś dokonaliśmy. Zrobiłam w dodatku parę zdjęć i z przyjemnością je Wam pokażę.
Trójmiasto jest piękne. Śmialiśmy się z mężem, że dla łodzianina każde miasto jest piękne. I wypatrywaliśmy balkonów z wywieszonymi banerami "sprzedam mieszkanie", szacowaliśmy ceny i szliśmy dalej. Łódź w końcu też ma swój urok ;)

Jeśli nie widzisz pola do zostawiania komentarzy, to znaczy, że blogger znów szwankuje i musisz odświeżyć stronę.